powiedział Tony: że chyba jakieś fatum kazało im

To była długa noc.
- Tak. Księżna Lara i, proszę o wybaczenie, pański stry¬jeczny brat, książę Jean-Paul, traktowali służbę bardzo źle. Nie tak było za dawnych czasów...
- Tak, niedługo wystąpię z wnioskiem o adopcję - po¬twierdził Mark.
- Tammy, to jest, Tamsin, też nie jest brzydka.
- Nie daję żadnej nogi. I nie ma potrzeby histeryzować. Będę niedaleko, Renouys leży kilkanaście kilometrów stąd, wspominałem ci o tym.
- Potrafię zmienić pieluszkę - powiedział przez zaciś¬nięte zęby. - To z pewnością nie przekracza moich możli¬wości.
- Ale nim to się stanie, wolałabym, żeby on i jego kolesie znaleźli sobie inne miejsce do przesiadywania. Burgery zaraz będą gotowe. Miło było panią poznać - rzuciła w stronę Sayre, odchodząc - chociaż z wątpliwą szczerością. Zdawała się niechętnie zostawiać Becka sam na sam z inną kobietą. Kelnerka prawdopodobnie nie była jedyną dziewczyną w Destiny, której mocniej biło serce na widok Merchanta i Sayre rozumiała dlaczego. Miał w sobie niezaprzeczalny seksapil; zielone oczy, jasne włosy i uśmiech wart grzechu. Wyglądał równie przystojnie i elegancko w starych dżinsach i białej kratkowanej koszuli, które miał na sobie teraz, jak w garniturze, na pogrzebie. Bardzo atrakcyjny zestaw. Ale o Chrisie można było powiedzieć to samo. Nosił się równie elegancko, był przystojny niczym gwiazdor. Tyle że wiele niebezpiecznych, śmiercionośnych gadów także wygląda równie ujmująco. Chris był wężem, który uderzał, jednocześnie omamiając ofiarę swym pięknem. Sayre nie ufała Beckowi, podobnie jak starszemu bratu. Może nawet bardziej. Chris urodził się złym człowiekiem, Merchantowi płacono za jego podłość. - Selmie pękłoby serce, gdyby się dowiedziała, że przyszłaś tu na obiad, chociaż przez cały dzień próbowała nas nakarmić - zauważył Beck. - Kocha nas. Zawsze kochała i to bardziej, niż sobie na to zasłużyliśmy. - Dlaczego uważasz, że nie zasługujesz na miłość? - spytał, pochylając się ku niej. - Jest pan prawnikiem, panie Merchant, a nie psychoanalitykiem. - Próbuję po prostu podtrzymać konwersację. - Klaps Watkins też tak mówił. Roześmiał się głośno. - Zatem muszę popracować nad swoją techniką. Przez chwilę mieszał słomką w swojej szklance coli. - Sayre, przepraszam cię - powiedział powoli, spoglądając jej w oczy. - Za to, że w ten sposób mówiłem o starym Mitchellu. To była tania zagrywka. Zazwyczaj postępuję nieco bardziej uczciwie, nawet gdy jestem zły. Nienawidząc się za wiarę w szczerość jego przeprosin, nie odpowiedziała. Wzruszyła tylko ramionami. Kelnerka przyniosła ich zamówienia. Burgery były takie, jakie powinny być; tłuste, gorące i smakowite. Przez kilka chwil jedli w milczeniu, ale Sayre wiedziała, że Beck jej się przygląda. - O co chodzi, panie Merchant? - spytała wreszcie. - Słucham? - Ciągle pan na mnie patrzy. - Hmm, przepraszam. Zastanawiałem się po prostu, czy podziękowanie rzeczywiście jest dla ciebie tak trudne. - Za co? - Za odstraszenie Watkinsa. Skinął głową w kierunku okna. Odwróciła się i spojrzała, jak natręt wsiada na motocykl. Kopnął zapłon i wyjechał z miejsca na parkingu przed barem. Zanim z rykiem silnika oddalił się na autostradę, pokazał im środkowy palec. - To najlepiej świadczy o jego opinii o nas - mruknęła Sayre i dodała: - Poradziłabym sobie z nim, ale prawdopodobnie nie bez wszczynania awantury i zrobienia z siebie głównego tematu miejscowych plotek. Dlatego dziękuję. - Cieszę się, że mogłem pomóc. - Powiedział, że już kiedyś spuścił ci manto. Naprawdę? - To jego wersja. - Skończył jeść burgera i wyciągnął dwie serwetki z podajnika, żeby wytrzeć ręce. - To dzięki Watkinsowi ponownie zaprzyjaźniliśmy się z Chrisem. Dwie kawy - rzucił do
- Tak. Naprawdę znalazłem się w ciężkim położeniu.
- Naprawdę przedłożyłbyś dobro kraju nad dobro Henry'ego?
- Nie - odparła twardo.
Co ci dziwni ludzie robili w sercu australijskiego buszu, ubrani tak, jakby spodziewali się królewskiego przyjęcia? Tymczasem była tu jedynie ona, a w dodatku huśtała się leniwie na swojej uprzęży jakieś dziesięć metrów nad ich głowami.
Między jej brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka.
Kochani moi!
Wreszcie za piątym razem...

- Doktorek, co? - Ash uśmiechnął się szeroko

się tego dowiedzieć.
przytulił Różę do siebie.
- Czy zechce pani zadysponować, co ma być na kolację? - spytała ją późnym rankiem pani Burchett.

- Jak to?!

117
- I teraźniejsze sarny,- mrocznie potaknęłam, złażąc z belki. -- Ciekawie, gdzieś teraz mój konik?
pierwsze spotkanie powinien pojechać ktoś inny.

- Jest jedno.

- Czyli Joanne Patston?
wysiłków na polu dziennikarstwa, kiedy z coraz
Po obiedzie, zaczęliśmy się doprowadzać do porządku - szukać rzeczy, czesać się, a Rolar wy¬ciągnął z torby zapasową brodę. Och... jak nam z Orsaną było wesoło... po pierwsze, ona ewidentnie długo leżała w magazynie i po upływie terminu zdatności mól gorliwie postanowił usunąć ją z oferty. Po drugie, sprzedawca albo srodze pożartował sobie, albo pomylił się przy kompletowaniu - wąsy były czarne, cienkie i obwisłe, a krótka szeroka broda przeraźliwie odróżniała się od wąsów, że z daleka wyglądała jakby się paliła, oślepiając oczy. Gorzej - niedbale zmięta na dnie torby, teraz sterczała we wszystkie strony, jednocześnie zaginając się wzwyż, jakby Rolar jechał w przeciwnym kierunku wichury. Gdy naśmiałam się, kazałam mu wyrzucić ją, po stwierdzeniu Orsany, “pogańskie włosy”, w zamian nałożywszy na niego zupełnie przyzwoitą iluzję. Prawda, przez nie bez przeszkód przechodziła ręka, i wroga, który życzyłby sobie schwycić wampira za brodę, oczekiwała niemiła niespodzianka. Za to teraz nie można było jej odróżnić od prawdziwej.